Trzy najbardziej stresujące sytuacje w pracy fotografa

Dziś wpis nie o kolejnej cudownej parze, której ślub miałam okazję fotografować. Tym razem nie będzie też żadnych porad ślubnych, a nieco prywaty. Chcę się z Wami podzielić trzema najbardziej stresującymi sytuacjami jakie spotkały mnie w trakcie realizacji reportaży ślubnych.  Może Was to zdziwić, że fotografa ślubnego coś stresuje, a jednak! Poza prozaiczną rozkminą pt. „czy wszystko spakowałam” jest kilka rzeczy, które mogą przytrafić się w trakcie zlecenia i powodują mikro zawał.

Jesteś nie w tym miejscu, w którym powinieneś

Już kilkukrotnie słyszałam o sytuacjach, w których fotograf dojechał na przygotowania ślubne, a na miejscu okazywało się, że miejscowość się zgadza, ulica również, ale jest nie w tym województwie, w którym powinien być… Chyba wiecie jak kończy się ta historia.
Nauczona zatem nie na własnym doświadczeniu przed przyjazdem na zlecenie przesyłam parom ankietę przedślubną, w której upewniam się dokładnie co do wszystkich adresów, w których muszę się pojawić.
Co jednak, gdy Panna młoda w ferworze przygotowań ślubnych wpisze błędny adres?
Taka sytuacja spotkała mnie kilka lat temu podczas jednego z zimowych ślubów. Wysiadłam z auta, adres się zgadzał, więc wybrałam na domofonie numer mieszkania… cisza. Nikt nie podnosi słuchawki. Zdarza się, może nie nikt nie usłyszał dzwonka. Próbuję drugi raz. Znów nic… Może domofon jest zepsuty? Dzwonię więc do Panny młodej. Ta nie odbiera. Ja już przerażona, w głowie mam milion myśli, łącznie z tą, że może pomyliłam daty lub godziny. Kolejne próby dzwonienia domofonem i na telefon, bez skutku i tak mija kilkanaście minut. Zaczynam pytać przechodniów czy kojarzą nazwisko osoby, do której przyjechałam. Również nie mam szczęścia i nikt nie jest w stanie potwierdzić mi, czy chociaż znajduję się w dobrej lokalizacji.
Mijają kolejne minuty, oddzwania Panna młoda, zdziwiona, że jeszcze mnie nie ma. Mówię, że od bez mała dwudziestu minut stoję pod jej blokiem, ale nikt nie otwiera. Ona w tym czasie wygląda przez okno i mówi, że mnie nie widzi. Po chwili rozmowy dochodzimy do wniosku, że jestem pod złym adresem, bo Panna młoda wpisała w ankiecie swój adres obecnego zamieszkania, a przygotowania były w jej rodzinnym domu na drugim końcu miasta.
Szybko zwinęłam się do auta i popędziłam w odpowiednią lokalizację.

 

moja pasja sosnowiec wesele
Ktoś porywa Cię do tańca, gdy jesteś obwieszony sprzętem

Wyobraźcie sobie sytuację, że oszczędzacie na coś wymarzonego. Kosztowało to Was czas i wiele wyrzeczeń, ale teraz już udało się Wam spełnić marzenie, kupić to o czym śniliście, więc jeszcze bardziej doceniacie, że się udało.  A teraz pomyślcie, że ktoś doprowadza do sytuacji, w której o włos tracicie to wszystko… Boli? Tak myślałam 😉
O taką sytuację nietrudno właśnie na weselu, a tym bardziej, gdy goście już trochę wypili.
Podczas swojej przygody z fotografią ślubną byłam trzykrotnie w sytuacji, w której robiłam zdjęcia na parkiecie i ktoś porwał mnie do tańca, a aparat dosłownie wirował wokół mojej szyi. Podczas wesela do paska spodni mam przypięte dwa dodatkowe obiektywy, by ułatwić sobie ich szybką zmianę w razie takiej konieczności. Więc ryzyko, że coś spadnie i najzwyczajniej się roztrzaska jest jeszcze większe. Tego typu sytuacje sprawiają, że żołądek czuję na wysokości gardła, a serce bije mi szybciej niż po przebiegnięciu maratonu, ale najgorsze dopiero przed nami… bo tu nie było jeszcze „ofiar śmiertelnych”.

Sprzęt wyzionął ducha w kluczowym momencie

A teraz sytuacja z tegorocznego sezonu ślubnego! W tym miejscu pozdrawiam Justynę i Roberta, bo to właśnie podczas podziękowań dla rodziców na ich ślubie mój aparat postanowił przestać działać. Podziękowania dla rodziców to jeden z ważnych punktów wieczoru, którego nie może zabraknąć podczas reportażu ślubnego. Pech chciał, że właśnie w tym momencie na ekranie mojego aparatu pojawił się error, spust migawki był zablokowany, a ja nie mogłam wykonać żadnego zdjęcia. W tym samym momencie, ktoś z gości postanowił o coś wesoło zagadnąć, a ja czułam, że na twarzy mam już wszystkie kolory tęczy. Pędem pognałam do torby po zapasowy aparat, który zawsze zabieram na zlecenia (właśnie na takie okoliczności, pierwszy raz okazał się przydatny). Próbuję go włączyć, bateria nie działa… tracę cenne sekundy na przełożenie baterii oraz kart z niedziałającego aparatu i biegnę z powrotem by uwiecznić jak najwięcej z tej ważnej chwili. W międzyczasie widzę, że w podglądzie na aparacie nie mam zdjęć wykonanych wcześniej (z zepsutego aparatu). Sfotografowałam wiec podziękowania z myślą, że być może wszystko co do tej pory zrobiłam właśnie zostało utracone.
To chyba najbardziej emocjonująca i stresująca chwila jaką miałam (niechętnie) okazję przeżyć w trakcie wesela.
Dla tych, którzy dobrnęli do tego miejsca dodam tylko, że wszystko skończyło się dobrze, aparat udało się reanimować, działa i cyka dalej, a zdjęć nie utraciłam 🙂

 

biały dom paniówki wesele

Oczywiście takie sytuacje stanowią wyjątki, a podczas mojej pracy jest więcej pięknych i wzruszających momentów. Jednak po tych trzech siwych włosów  zdecydowanie przybyło… a wiecie, człowiek jednak młody jeszcze 😉 Tegoroczny sezon ślubny chyli się ku końcowi, więc liczę, że oszczędzi mi już niespodzianek i wszystko przebiegać będzie spokojnie.

Mam nadzieję, że ten wpis nie wprawił Was w stan przedzawałowy. Chyba powinnam była zacząć go od słów „jeśli jesteś przed własnym ślubem, nie czytaj dalej”, ale myślę, że najważniejsze to być  świadomym i przygotowanym na wszystkie sytuacje, by finalnie wszystko kończyło się dobrze.

Dlatego pamiętajcie, żeby wybierając fotografa mieć pewność, że ta osoba ma zapasowy sprzęt, nie spóźni się i zadba wcześniej o wszystko co ważne.